Czego tak usilnie szukam w folklorze?

Oglądałam w piątek krótki materiał z białoruskiej telewizji, który to opowiadał o Walentynie Szewczyk i jej ojcu Grzegorzu Michalczuku, którzy w 1972 roku zrobili tournée po swojej wsi i nagrali na taśmę magnetofonową kilkadziesiąt pieśni ludowych w wykonaniu mieszkańców. Znalezienie chętnych nie było trudne, niegdyś wieczorne śpiewy sąsiadów były normą. Dziś podlaska wieś Husaki liczy 60 domów i 50 mieszkańców – śpiewać nie ma komu.

Powstaje natomiast płyta wydana przez Muzeum Małej Ojczyzny z tymi samymi nagraniami, które ojciec z córką zarejestrowali przed laty. Czy mieli wtedy świadomość, jak ogromne dziedzictwo kulturowe przekazali kolejnym pokoleniom?

180 stopni

Piątkowy wieczór, a ja słucham białoruskich pieśni ludowych. Po co? Ostatnio częściej zastanawiam się nad tym, co mnie tak usilnie ciągnie do folkloru. W przeciągu zaledwie dwóch lat moje zainteresowania zmieniły się diametralnie. Wcześniej starałam się twardo stąpać po ziemi, stawiać na to, co pewne. Biznes, zarabianie. Rzeczywiście okres pomiędzy drugim a czwartym rokiem studiów to czas mojej finansowej świetności i… wewnętrznej pustki. Kalendarz wypełniony po brzegi – studia dzienne, praca od świtu do nocy, prywatne zlecenia. Gdzie w tym całym szaleństwie miejsce na rozwijanie pasji?

Kasa czy pasja?

Kiedy kupiłam sobie nowy aparat, musiałam się nauczyć jego obsługi. Przez pierwsze dni nie wychyliłam z nim jednak nosa poza mury kamienicy, w której wówczas mieszkałam. Moja twórczość przypominała tę prezentowaną przez fanpejdż To samo zdjęcie Bogusława Lindy codziennie. Z tym, że ja fotografowałam tego samego kwiatka.  A gdy w końcu wyszłam z aparatem z domu – przepadłam bez reszty, na tyle, by kilka miesięcy później zrezygnować z niemalże całego swojego dotychczasowego życia, czyli pracy, pracy i jeszcze raz pracy.

Kim jesteś?

Po dziurki w nosie miałam tych wymuskanych instagramowych kont, które poza ładnymi, przyjemnymi dla oka kompozycjami nie wnosiły do mojego życia nic. Komunikacji prowadzonej tak, by jak najwięcej ugrać, nawet jeśli publikowane treści mocno mijają się z prawdą. Networkingów, na których liczy się tylko to, na jakim stanowisku i dla kogo pracujesz. Zgrabnego dopracowywania tego, co pokazuję, by mieć wpływ na to, jak mnie postrzegają. Publikując określone treści w internecie budujemy swój wizerunek, styl życia. Tworzymy obraz, ułudę. Ile ma ona wspólnego z prawdą?

Autentyczność

Giddens twierdzi, że w dzisiejszych czasach każdy musi mieć jakiś określony styl życia, który komunikuje za pomocą swoich codziennych wyborów – tego jak się ubiera, z kim się zadaje, jak spędza wolny czas. W ten sposób kreujemy swój obraz przed innymi, krzyczymy: “hej, spójrz, jestem taki i taki”.  A  u mnie sprawy mają się tak, że tego krzyczenia z każdej strony mam serdecznie dość.

Szukam prawdy

Brzmi to jak utarty frazes, wiem. Ale w czasach, gdy wszystko jest na pokaz, zaciera się sens. Bycia, przeżywania, trwania, poznawania. I chyba po prostu staram się go znaleźć – w prostocie. W kobietach śpiewających piękne, ludowe pieśni. W starych filmach. W przedwojennych tangach. W naturze.  W samej sobie.

Cześć! Cieszę się, że tu jesteś :) Na start kilka słów o mnie. Jestem fotografką z dziennikarskim zacięciem, miłośniczką kultury i kotów. Ujmuję w kadrach i słowach świat taki, jaki jest. Mam nadzieję, że się w nim zadomowisz!
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *