“Jak to się mówi – gość w dom, Bóg w dom”

Pamiętam stare zdjęcia w albumie u babci. Sylwetki wyłaniające się zza pergaminu, który oddzielał od siebie kolejne strony.  Twarze ludzi, których nigdy nie poznałam i te, które znam od urodzenia. Jedne zmieniły się bardziej, inne prawie wcale. Podobieństwo. Te same nosy, podbródki, oczy. Imiona i rysy przekazywane z pokolenia na pokolenie. Stare domy, drewniane płoty i dużo zieleni wokół.  Albo śniegu.  Fakt, zimy bywały kilkadziesiąt lat temu bardzo srogie.

Rodziny i sąsiedzi spotykający się pod byle pretekstem. Potańcówki odbywające się na parkiecie pomiędzy drewnianym stołem a kaflowym piecem.  I te pozowane zdjęcia rodzinne.  Matka, ojciec, gromadka dzieci. Na tle domu lub starego dębu, po którym wspinały się kolejne pokolenia jak po drzewku genealogicznym.

Pamięć. Historia.  Momenty, które choć ulotne, po wklejeniu do rodzinnych kronik, stawały się nieśmiertelne. Dziś chętniej utrwalamy historię jednego dnia niż kilku dekad. Dlatego postanowiłam coś z tym zrobić. Zadziałać. Wymyśliłam sobie projekt, w ramach którego zrealizuję sesję dla kilku pokoleń kobiet. Pomysł ogłosiłam na Facebooku i w mgnieniu oka znalazłam masę chętnych. Jedna rodzina szczególnie przykuła moją uwagę. Pięć wyjątkowych kobiet, które razem mają 251 lat. Decyzja zapadła, jadę do Gdańska.

Janina, Halina, Anna, Eliza, Nela

Wchodzę do mieszkania. W powietrzu unosi się przyjemny zapach domowego obiadu. Witam się. Na krześle pod ścianą siedzi pani Jasia, przebiera komosę, którą tak lubi – wnuczki jej przywiozły. Przedstawiam się reszcie kobiet i zaczynam rozglądać się w poszukiwaniu najstarszej z nich. Pewnie ma drzemkę, za 1,5 roku wybije jej 100 lat, musi być zmęczona. Ale moment. Zaczynam liczyć – raz, dwa, trzy, cztery… pięć? Wszystko się zgadza. Poznałam już wszystkie pięć kobiet, a zatem pani Jasia, która z uśmiechem na ustach siedzi nad miską z zielem musi być najstarszą z nich!

 

Zanim zdążę przetrzeć oczy ze zdumienia na stole pojawi się już obiad. Czekały na mnie. Powierzchnia obrusu zapełnia się jedzeniem pachnącym dzieciństwem. Czuję się jak sąsiadka, która zajrzała do nich po cukier i zasiedziała się do wieczora. Poznaję ich historię. Najbardziej fascynuje mnie pani Jasia, chodząca skarbnica wiedzy. Gdy tylko wyłapuję u niej chwilę zadumy, sięgam po aparat. No niech pani usiądzie, zje coś, kawy się napije. Słyszę to za każdym razem, gdy próbuję wstać z body w dłoni. Zanim zdążę się obejrzeć i zrobić kilka pierwszym ujęć, na stole lądują placki z jabłkami i tort bezowy. Jestem w szoku, spędziłam tu zaledwie godzinę, a czuję się jak na uczcie stulecia. Nie szczędzę pochwał gospodyniom, jak to się mówi, gość w dom, Bóg w dom – przerywa mi pani Jasia. I teraz już faktycznie czuję się jak w domu.

Działanie zapisane w genach

Zagaduję panią Halinę, jej córkę, o zrobione na szydełku ozdoby. Są wszędzie. Ich autorka nie próżnuje, widać to ich cecha rodzinna. Silne, zdeterminowane i duchem wiecznie młode kobiety. Pani Halina prowadzi ogródek na działce, opiekuje się mamą i udziela się w Domu Kultury. Niedawno przygotowały z koleżankami sztukę. Scenografia i kukiełki zostały zrobione właśnie na szydełku. A raczej na szydełkach, które przez pięć miesięcy były w niemalże ciągłym ruchu. Oruńskie Szarpidrutki, bo tak nazywa się grupa pani Haliny, znane są ze swoich rękodzielniczych popisów. W poprzednich latach wydziergały między innymi ośmiorniczki, które trafiły do szpitali jako przytulanki dla wcześniaków. Tym razem projekt był jednak dużo bardziej złożony. Scenografia do spektaklu O czym szumią drzewa w Parku Oruńskim zakładała bowiem przygotowanie czterech różnych wariantów scenografii – innego na każdą porę roku. Efekty przeszły ich najśmielsze oczekiwania. Moje także. Rozglądam się raz jeszcze po pokoju, żeby objąć wzrokiem te wszystkie małe gwiazdki, kwiatki i inne drobiazgi wiszące na ścianach.

Na segmencie dostrzegam kopertę ze zdjęciami. Tylko część zachowała się do dzisiaj. Większość spłonęła w pożarze domu kilkadziesiąt lat temu. Tym cenniejsze to pamiątki. I znowu czuję się jakbym przeglądała album babci.  Te same pozowane portrety rodzinne, biesiady,  zdjęcia bawiących się dzieci. Zaraz, zaraz… cyrk? Tego w moim rodzinnym albumie nie ma! Już wiem dlaczego. Pani Halina wraz z mężem pracowała w cyrku objazdowym! Zwiedzili z nim niemal całą Polskę. Latem zabierali ze sobą także dzieci. Zerkam na Panią Anię, jej córkę, której werwy też nie brakuje.  Już jako kilkulatka nauczyła się otwartości i aktywizmu.  Dlatego jako nastolatka próbowała swoich sił w Zespole Pieśni i Tańca. Dziś energią zaraża swoją wnuczkę Nelę, którą zajmuje się, gdy Eliza jest w pracy. Nie nudzą się, to na pewno.

Nie jestem sama

Przeglądamy kolejne zdjęcia. Chwile skupienia przeplatają się ze śmiechem. Znam już całą rodzinę. A przynajmniej tak mi się wydaje. Nie poznałam przecież jeszcze wszystkich wnuków i prawnuków. Babcia Jasia prowadzi mnie do swojego pokoju. Ściany są maksymalnie wypełnione zdjęciami. Na środku portret ślubny jej i męża zrobiony w 40. roku podczas niemieckiej okupacji. Ojej, Pani ma tu chyba całą rodzinę! – rzucam w zachwycie. Jak budzę się rano i sobie na nich wszystkich popatrzę, to wiem, że nie jestem sama. 

Nie jest. To prawie 100 lat jej życia. Te dzieci, wnuki, prawnuki i praprawnuki. Jej historia, która zaczęła się tak dawno temu i będzie trwać w uśmiechach, spojrzeniach i rysach twarzy jej potomków. No i teraz także na zdjęciach, które tego dnia dla nich zrobiłam.

Jeśli chcecie zobaczyć cały reportaż, znajdziecie go tutaj.

Cześć! Cieszę się, że tu jesteś :) Na start kilka słów o mnie. Jestem fotografką z dziennikarskim zacięciem, miłośniczką kultury i kotów. Ujmuję w kadrach i słowach świat taki, jaki jest. Mam nadzieję, że się w nim zadomowisz!
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *